2008-08-02

Pobudka

6:00 - dzwony kościoła wyrywają nas ze snu. Za chwilę dołączają z drugiego i trzeciego.
Trzeba wstać i zobaczyć, w którym kościele dzwonią...
Jest w miarę chłodno, więc spacer wąskimi uliczkami Stari Gradu należy do przyjemności.
Widzimy wędkarzy, którzy łowią ryby miejscowym sposobem - siedzą na nabrzeżu z żyłką nawiniętą na palec i porzucają haczyki rybom pod nos. Jak zobaczą, że połknęła, to zacinają. Inny patent - wyrzucić daleko w zatokę namoczoną bułkę, owiniętą kilkunastoma przyponami z błyszczącymi, złotymi haczykami i gdy ryby skubią bułkę same zacinają się na haczyki. Bardzo proste.
Podjarany łowieniem ryb kupiłem zestaw za 7 kun. I nie rozwinąłem go do tej pory. Okazało się, że na całej wyspie nie mają białych robaków.

Znaleźliśmy kościół i cerkiew, które dzwonią nie tylko nad ranem, o czym mieliśmy okazję się przekonać. Pod kwiatowym drzewem napotkaliśmy jedyną żywą duszę o tej porze – chorwackiego kota.








Uliczki od odwiecznego chodzenia (384 r.p.n.e.) są tak wyślizgane, że błyszczą się, jakby były mokre. Architektura opiera się na kamieniu. Domy mają właściwie tylko drzwi, całe życie skupia się na dziedzińcu, za murem. Nawet okna są wysoko, zwykle zasłonięte okiennicami.
W mieście pustki - wszyscy śpią, bo tutaj życie zaczyna się po 22, a kończy... jak się wino skończy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz